Nie pisaliśmy o tym wcześniej, ale już od pewnego czasu niepokoiło nas, że Norbercik regularnie napina ciało na mniej więcej dwie sekundy. Są takie okresy (dochodzące nawet do tygodnia) kiedy nie czyni tego wcale, kiedy indziej zauważyć można to całymi seriami. Dodatkową niewiadomą są wciąż nieprzespane noce. Odbyliśmy w tej sprawie kilka rozmów z kompetentnymi osobami i doszliśmy do wniosku, że wskazane będzie wykonanie tzw. Badania EEG w Akademii Medycznej. Dowiedzieliśmy się, iż synek podczas zabiegu będzie musiał spać przez trzydzieści minut. W związku z zaleceniem obudziliśmy Norbercika wcześnie o 6.00 rano (który jak na złość usnął dopiero około czwartej). Punktualnie o 9.00 stawiliśmy się w gabinecie, a zmęczony Norbercik uprzednio, zwyczajowo zasnął w samochodzie. I wtedy właśnie dowiedzieliśmy się, że badanie nie może się odbyć, gdyż dziecko nie może spać dłużej aniżeli 5 minut, aby badanie było poprawne. Słowem, musi usnąć nie dłużej niż 5 minut przed badaniem i mieć szczęście żeby dostać się do środka. A nadmienić warto, iż czekających i próbujących usnąć na korytarzu dzieci było sześcioro. Samo badanie trwa 30 minut i ponieważ maszyna jest tylko jedna, nie pozostaje nic innego jak czekać. A czekać należy z kolei czuwając, ponieważ dziecko, które przyśnie musi przed badaniem spędzić co najmniej pół godziny nie śpiąc… Sytuacja wyglądała zatem tragi-komicznie, zwłaszcza mając na uwadze niehumanitarny aspekt permanentnego wymiennego budzenia i usypania zdezorientowanych maluchów przez rozgorączkowanych rodziców. W – zdawało się – beznadziejnych okolicznościach na medal spisał się Nobciu, który pomyślnie pozwolił obudzić się na pół godziny, po czym usnął i miał szczęście dostać się do ziemi obiecanej, jaką jawiły się blade drzwi opatrzone ascetycznymi literami „Zabiegowy”. Niestety, pomimo współpracy synka pozostała jeszcze przeszkoda – utrzymać przez 30 minut śpiące dziecko, przyczepiając do niego diody, nakładając specjalną czapeczkę, kiedy sen jest jeszcze płytki. Całości rumieńców dodawał jeszcze fakt, że „przemyślnie” tuż obok gabinetu, w którym przeprowadza się badania w stanie snu znajdowała się dziecięca świetlica, z której akompaniament skutecznie utrudniał sen. Jak można się było spodziewać malutki niebawem przestraszył się i rozpłakał strasznie. Kiedy znów wydawało się, że wszystko jest stracone i zmuszeni jesteśmy wrócić na korytarz, Norbercik – najwyraźniej z mocnego niewyspania w nocy – przyczepiony do sprzętu usnął. Ponadto zaznaczyć warto, iż swoistego posmaku grozy dodawały słowne utarczki i uszczypliwości rozdrażnionych rodziców czatujących niczym banda zahipnotyzowanych zombie pod upragnionym gabinetem z półprzytomnymi dziećmi na rękach pragnąc wykorzystać każdą okazje, aby poświęcić swoje dziecko na ołtarzu Hypnosa w imię odpowiedzialnego rodzicielstwa. Nic dziwnego, w sumie jak usłyszeliśmy od pani pielęgniarki: „następny termin najwcześniej w kwietniu…” Tymczasem czekamy na wyniki.